Po swojemu

m-87

Organizując swój ślub i wesele bardzo lubiłam zaglądać na blogi dziewczyn, które opisywały swoje przeżycia z tego okresu. Czas przed ślubem jest wyjątkowo napięty, zwykle jest go za mało, nawet, jeżeli planujemy najważniejszy dzień z dużym wyprzedzeniem. Każda inspiracja i podpowiedź doświadczonej osoby, z poza kręgu rodzinnego, jest wtedy na wagę złota.

Chcieliśmy, aby nasz ślub i wesele były w stu procentach „nasze”, dlatego wszystko robiliśmy po swojemu. Udało nam się zrealizować wiele fajnych pomysłów, z których jesteśmy bardzo zadowoleni i z chęcią się nimi podzielimy. W czasie czytania postu proponuję posłuchać tej [KLIK] piosenki.

pb-481

pb-581

1. Ślub i wesele wyjazdowe

Bardzo chcieliśmy wziąć ślub w starym, drewnianym kościele na Mazurach, a wesele zorganizować w stodole. Pewnie bylibyśmy w stanie zrezygnować z Mazur, gdyby udało nam się znaleźć odpowiedni kościół i salę weselną w okolicach Warszawy. Na szczęście, nie udało się. Początkowo myślałam o zrobieniu imprezy w tradycyjnej, prawdziwej stodole z wynajętym kateringiem. Jednak po przemyśleniu (muchy, komary etc.) i obejrzeniu kilku innych miejsc, zdecydowaliśmy się na Osadę Dębowo w Kiesztanowie, koło Jezioran. O tym, jak nam się podobało to miejsce, napiszę innym razem.

pb-553

pb-552

pb-548

2.  Słodki stół 

Myślę, że od pewnego czasu nikogo nie dziwią słodkości znajdujące się na oddzielnym stole. Jako, że jestem fanką domowych wypieków i wiele osób zna moją miłość do ciast, postanowiliśmy pójść o krok dalej. Część ciast i deserów była przygotowywana przez naszych przyjaciół, a każde z nich dostało plakietkę z podpisem (w stylu „Ulubione ciasto Pana Młodego”, „Pavlova Igi”). Plakietki były w takiej samej kolorystyce, jak zaproszenia ślubne, co razem tworzyło wspaniałą całość. Nasze zaproszenia możecie obejrzeć tutaj [KLIK].

pb-294

3. Muzyka na ślubie

Ślub w kościele katolickim nieodłącznie kojarzy mi się z nieumiejącym śpiewać organistą. Też tak macie? Mieliśmy to szczęście, że braliśmy ślub w kościele nieużytkowanym na co dzień, w którym nie ma organów. Problem z organistą, z którego nie można zrezygnować, mieliśmy więc z głowy. Jednak, poszukiwanie zespołu muzycznego zabrało nam sporo czasu. Ostatecznie, jeszcze na dwa tygodnie przed ślubem, nie wiedzieliśmy, jak będzie wyglądała oprawa muzyczna naszej ceremonii. Na szczęście udało nam się znaleźć firmę, która zrzesza muzyków z całej Polski. Zaproponowano nam harfę, skrzypce oraz śpiew, co dość spontanicznie, okazało się być dokładnie tym, czego szukaliśmy. W trakcie ceremonii towarzyszyły nam takie utwory: Obój Gabriela, Ave Maria, Memory, Marsz Mendelsona.

m-80

4. Samochód

Długo zastanawialiśmy się, jakim samochodem wybrać się do ślubu. Wiedzieliśmy, że nie może to być zwykły samochód, bo taki zupełnie nie wpasowałby się w całą stylistkę wesela. Wszystko stało się jasne, kiedy przypomnieliśmy sobie o aucie naszych znajomych z Mazur. Kilkunastoletni, terenowy Lithweight okazał się strzałem w dziesiątkę. Najśmieszniej było jechać nim do ślubu przez 40km do kościoła. Wytrzęsło nas za wszystkie czasy. W naszym samochodzie były tylko dwa miejsca, dlatego mój Mąż sam go prowadził, co było bardzo dobrym pomysłem. Przez godzinną podróż do kościoła mogliśmy cieszyć się sobą, jeszcze jako narzeczeni. Nigdy nie byliśmy tacy szczęśliwi.

pb-720

pb-580

m-56

pb-940

5. Coś osobistego

Bardzo chcieliśmy, aby nasze wesele było mocno spersonalizowane. Zależało nam na tym, aby Goście czuli, że włożyliśmy serce w przygotowania. Wydaje mi się, że całkiem nam się to udało. A pomogło nam w tym kilka pomysłów:

  • Samodzielnie przygotowaliśmy upominki dla Gości. Upiekliśmy pierniczki, które zawinęliśmy w foliowe torebeczki, przewiązaliśmy jutowym sznurkiem, do którego przymocowaliśmy karteczkę z podziękowaniami (oczywiście w takiej samej konwencji, jak zaproszenia). Nie było to łatwe, bo łącznie potrzebowaliśmy około 400 pierników, ale dało mi dużo satysfakcji.
  • Wywołaliśmy nasze wspólne zdjęcia w formacie retro i powiesiliśmy na ceglanej ścianie, pod którą znajdował się stół z aparatem typu polaroid oraz różne gadżety do zdjęć. Do zorganizowania takiej ściany potrzebowaliśmy około 50 zdjęć, jutowy sznurek i drewniane spinacze. Pod każdym zdjęciem znalazły się śmieszne podpisy.
  • Zadbaliśmy również o przestrzeń na zewnątrz stodoły. Pod drzewami znalazły się snopki siana, na drzewie powiesiliśmy cotton ballsy, które dodawały klimatu. Zrobiliśmy również drogowskaz wskazujący wiele ważnych dla nas miejsc.
  • Zrezygnowaliśmy z kamerzysty, ponieważ za dobry weselny film trzeba zapłacić kilka tysięcy złotych. Nie chcieliśmy decydować się na półśrodki. Zamiast tego kupiliśmy dwie kamerki. Jedną zaopiekował się mój wujek – kamerzysta amator. Druga leżała obok polaroida – każdy kto miał ochotę, mógł nagrać nam życzenia.

P&B-813.jpg

6. Swobodna atmosfera

Na luzie i spontaniczności zależało nam chyba najbardziej. Oczami wyobraźni widziałam ten dzień jako pozbawiony nadęcia. To niesamowite, ale wydaje mi się, że ten punkt udało nam się zrealizować na tysiąc procent. Wszystko zaczęło się już w kościele, kiedy ksiądz powiedział, ku pokrzepieniu nas, siebie i wszystkich Gości „będzie dobrze”. Śmiech przy zakładaniu obrączek, bimber na powitanie zamiast szampana i tęcza podczas pierwszego tańca (przy piosence „Somewhere over the rainbow”, w TYM wykonaniu) to tylko nieliczne przykłady małych cudów, które pomogły nam zrealizować ten podpunkt.

m-64

Pewnie nic by z tego nie wyszło, gdybyśmy nie stawiali na swoim na każdym kroku. Wymagało to wiele wysiłku, ale warto było usłyszeć od Taty dzień po ślubie: Dobrze, że mnie nie posłuchaliście. 

Wszystkie zdjęcia (oprócz zdjęcia słodkiego stołu) są autorstwa Tarasa Kovalchuka.